Z Ochocic do Amsterdamu 1


Światowa stolica rowerów – Amsterdam, to miasto które od zawsze chcieliśmy zdobyć rowerami. Kiedy tylko zdecydowaliśmy się na zagraniczną podróż nie było najmniejszych wątpliwości co będzie celem naszej wyprawy.

Wyprawa zaplanowana została na 18 dni (19 lipiec – 5 sierpień). Naszym celem było dojechać rowerem do Amsterdamu możliwie jak najszybciej i wykorzystać pozostały czas na odpoczynek oraz zwiedzanie.

Jeśli chodzi o powrót do Polski, postawiliśmy na kolej. W okresie wakacyjnym PKP oferuje połączenie między Warszawą a Amsterdamem. „Jan Kiepura”, bo tak nazywa się ten pociąg, okazał się idealnym dla nas rozwiązaniem. Bilety kosztowały 40 euro (wliczając bilet za rower). Warto dodać, że im wcześniej zakupi się bilet, tym jest tańszy. Dlatego też zostały przez nas kupione w najwcześniejszym możliwym terminie (2 miesiące przed datą podróży).

O przygotowaniu sprzętu na wyprawę możecie się dowiedzieć z tego artykułu: co zabrać na wyprawę.

Podróż rowerem była dużo łatwiejsza, niż nam się wydawało. Pogoda dopisywała. Było bardzo ciepło, a deszcz dokuczał nam tylko 2 dni. Chyba zostaliśmy wynagrodzeni przez naturę za ciężkie warunki podczas majówkowego wypadu do Krynicy czyli Sopotu😉

Opis wyprawy

Dzień 1:

Ochocice – Ostrzeszów

Czas jazdy: 7 godzin

Dystans: 157 km

Średnia prędkość: 22 km/h

Pełni energii pożegnaliśmy wczesnym rankiem Ochocice i przy świetnej pogodzie mijaliśmy kolejne kilometry. Stwierdziliśmy, że pierwszego wieczoru musimy rozbić się na dziko. Kiedy dojechaliśmy do miejscowości Ostrzeszów zdecydowaliśmy, że kupimy tu jedzenie na kolację i wodę którą wykorzystamy w naszym prysznicu turystycznym. Jak pomyśleli, tak zrobili. Nadeszła pora na znalezienie jakiejś spokojnej polany za miastem na której się rozbijemy. Wyjeżdżając z miasta zatrzymał nas pewien Pan, który jak się później okazało jest dziennikarzem lokalnej gazety. Zaproponował nam rozbicie namiotu w swoim ogrodzie. Jego rodzina przyjęła nas bardzo gościnnie, był grill, rozmowy, a rano czekała na nas ciepła herbata. Pan Wiesław, z racji swojego zawodu napisał o nas w jednym z numerów gazety “Nasze strony Ostrzeszowskie”.

fot. Wiesław Kaczmarek

Ostrzeszów

 

Dzień 2:

Ostrzeszów – Stara Góra

Czas jazdy: 7 godzin

Dystans: 140 km

Średnia prędkość: 20 km/h

Drugiego dnia pogoda była jeszcze lepsza, ale do leżenia nad wodą, a nie do jazdy rowerem. Bardzo grzało. Piliśmy hektolitry wody. W okolicach południa, kiedy upał wydalał się nie do zniesienia zatrzymaliśmy się w małym parku. Odpoczynek w cieniu i krótka drzemka bardzo pomagają przy takiej pogodzie. Z długością samej drzemki jednak nie można przesadzać. Zbyt długa może spowodować że będziemy się czuli rozespani i rozbici resztę dnia, a to na pewno nie przełoży się na dobre tempo jazdy.

Polska Sahara

Polska Sahara

Dzień powoli zbliżał się ku końcowi, w okolicy nie widzieliśmy żadnego pola namiotowego na którym można byłoby się zatrzymać. Postanowiliśmy spróbować szczęścia na plebanii, bo dlaczego nie. Niestety pierwsza do której trafiliśmy była zamknięta. Mijając wieś Stara Góra zauważyliśmy małą polankę z placem zabaw położoną w sąsiedztwie domu sołtysa. Nie zastanawiając się długo, zadzwoniliśmy dzwonkiem domofonu. Sołtys Starej Góry bez problemu dał nam pozwolenie na rozbicie się na polance oraz udostępnił nam wodę. Kąpiel, kolacja i spać!

Dzień 3:

Stara Góra – Jezioro Bronków

Czas jazdy: 7,5 godziny

Dystans: 153 km

Średnia prędkość: 20,7 km/h

Zaplanowaliśmy, aby trzeci dzień zakończyć przy niemieckiej granicy. Dzień przebiegał bez większych problemów. Pogoda nie zmieniła się w porównaniu do poprzednich dni. Podczas jazdy rozmyślaliśmy czy nie brakuje nam czegoś z ekwipunku. Najlepiej byłoby takie braki uzupełnić przed granicą z Niemcami.

Gdzieś w polu przed Zieloną górą

Gdzieś w polu przed Zieloną górą

Na mapie znaleźliśmy jezioro z polem namiotowym. Było ono po drodze do przejścia granicznego w Gubinie, dlatego zdecydowaliśmy, że tam dziś rozbijemy obóz. Okazało się, że dojazd nad jezioro był związany z nakręceniem kilku ekstra kilometrów, ale nie byliśmy tym zrażeni. Ważne było, że popływamy w jeziorze i weźmiemy normalny prysznic. Cena za jeden trzyosobowy namiot wydała nam się dość wysoka jak na region turystyczny w którym byliśmy (środek lasu, wielkie NIC). Najprawdopodobniej było to spowodowane dużą ilością turystów z Niemiec, dla których z pewnością była to cena atrakcyjna. Kiedy recepcjonistka kempingu dowiedziała się gdzie jedziemy, obniżyła nam cenę noclegu oraz pozwoliła się rozbić w miejscu nie przeznaczonym na camping lecz przy samym jeziorze. Elegancko. Po rozbiciu namiotu zostało tylko popływać w jeziorze, zrobić kolację, wykąpać się i iść spać.

Nad jeziorem Bronków

Nad jeziorem Bronków

Dzień 4:

Jezioro Bronków – Gloßen

Czas jazdy: 7 godziny

Dystans: 122 km

Średnia prędkość: 17 km/h

Nie widziało nam się wracać do drogi głównej na Gubin robiąc takie kolano jak poprzedniego dnia docierając nad jezioro, dlatego chcąc skrócić dystans postanowiliśmy pojechać leśną drogą. Fatalna decyzja. Susza spowodowała, że leśne ścieżki były jak ruchome piaski. Praktycznie cały skrót (ok. 2 km) do drogi krajowej nr. 32 musieliśmy pokonać pchając rowery.

Po dotarciu do Gubina przyszła pora na uzupełnienie brakujących rzeczy. Klucze, ściągacze i kilka innych drobiazgów kupiliśmy na chwilę przed przekroczeniem granicy z RFN.

Akcesoria skompletowane

Akcesoria skompletowane

Granica z Niemcami

Granica z Niemcami

Pierwsza rzeczą jaką zrobiliśmy po niemieckiej stronie miasta Gubin był posiłek. Ostatnie telefony do bliskich bez roamingu i w drogę. Na początku nie było widać wielkiej różnicy w jakości dróg, oczywiście miało się to zmieniać im głębiej wbijaliśmy się w Niemcy.

Powoli zapadał zmrok, a my robiąc zakupy zapisywaliśmy w notesiku formułkę w języku niemieckim, którą mieliśmy wygłaszać do unsere nette Nachbarn🙂 Formułka zawierała kilka zdań, które mówiły o tym kim jesteśmy, skąd jesteśmy, gdzie jedziemy oraz, że prosimy o użyczenie kawałka trawnika pod namiot i trochę wody.

W okolicy nie było żadnych pól namiotowych, a my czując się niezbyt pewnie w kwestii noclegu na dziko w obcym kraju stwierdziliśmy, że to jest ten czas kiedy nasza magiczna formułka musi zostać wypowiedziana.

W miejscowości Gloßen wypatrzyliśmy sobie idealny ogródek. Duży trawnik, drzewa idealne na rozwieszenie prania oraz prysznica. Pozostało tylko zagaić rozmowę z właścicielem, który spędzał czas z rodziną w altanie. Domownicy widząc nasze zainteresowanie ich ogrodem sami do nas podeszli.

Okazało się, że formułka nie była potrzebna. Właściciel mówił w języku angielskim. Kiedy usłyszał naszą prośbę, był raczej sceptycznie do tego nastawiony. Polecił nam za to jeziorko niedaleko od miejsca w którym się znajdowaliśmy. Żebyśmy nie mieli problemu z dotarciem nad rzeczone jeziorko zaproponował, że jego córka nas zaprowadzi. Przystaliśmy na tę propozycję. Zamieniliśmy jeszcze kilka zdań z właścicielem, pożegnaliśmy się i razem z jego córką pojechaliśmy w kierunku stawu za miastem.

Kiedy po drodze zatrzymaliśmy się w sklepie po wodę potrzebną do kąpieli, do naszej niemieckiej koleżanki Anniki zadzwonił ojciec. Po skończeniu rozmowy poinformowała nas, że tata zgodził się na rozbicie namiotu w ogrodzie i możemy tam wrócić. Zrobiliśmy to bez chwili zastanowienia.

Przyszła pora na rutynową wieczorną akcję: rozłożenie namiotu, kąpiel, małe pranie i kolacja. Po tym wszystkim udaliśmy się do altany, aby podziękować za gościnę. Chwilę porozmawialiśmy i wróciliśmy do namiotu, trzeba było się wyspać, do celu jeszcze daleko.

Z perspektywy czasu ta sytuacja z noclegiem wydaje się całkiem zabawna. Dlaczego ten Pan zmienił zdanie odnośnie naszego noclegu? Tak nas polubił, zrobiło mu się nas szkoda, a może zdał sobie sprawę, że puścił swoją nastoletnią córkę z trzema obcymi facetami do jakiegoś lasu 😀 Tak czy inaczej cała rodzina była dla nas bardzo miła. Pozdrawiamy:)

Niemiecka gościnność

Niemiecka gościnność

Miejsce na spanie

Miejsce na spanie

Dzień 5:

Gloßen – Köthen

Czas jazdy: 7 godziny

Dystans: 138 km

Średnia prędkość: 20 km/h

Jadąc przez Niemcy musieliśmy troszeczkę inaczej podejść do spraw logistycznych. Ciężko tam znaleźć małe, przydrożne sklepy, a jeżeli już się znajdzie to są zamknięte w godzinach południowych. Dlatego zakupy robiliśmy w zasadzie tylko w marketach. Oczywiście markety nie są otwarte tak długo jak w Polsce co również trzeba było wziąć pod uwagę.

Piotr i kamienica

Piotr i kamienica

Przed nami był drugi nocleg w RFN. Czuliśmy się dużo pewniej więc zdecydowaliśmy się na spanie na dziko. Zbliżała się godzina w której trzeba się zastanawiać nad rozbiciem obozu. Jedyne czego nam brakowało do szczęścia była woda do kąpieli. Postanowiliśmy, że zdobędziemy ją w łazience na jakiejś stacji benzynowej po drodze. One w przeciwieństwie do marketów są otwarte w godzinach wieczornych. Sprawa była o tyle łatwa, że mieliśmy z sobą sporo butelek plastikowych (za butelki plastikowe w Niemczech zwracana jest kaucja, więc wyrzucaliśmy je tylko w wyznaczonych miejscach). Po zaopatrzeniu w wodę, nadszedł czas na znalezienie miejsca na nocleg. Jeżeli nie masz okazji spytać się kogoś o zgodę na nocleg w wybranym przez siebie miejscu, najlepiej żebyś rozbił się tam gdzie nikt Cię nie zauważy. Tak też zrobiliśmy, znaleźliśmy zarośnięty wjazd do lasu, który ewidentnie nie był przez jakiś czas uczęszczany. Weszliśmy tam i kilkadziesiąt metrów dalej byliśmy całkowicie niewidoczni z głównej ulicy, a w około nas znajdowała się przestrzeń idealna na rozbicie namiotu.

Tu stanie nasz namiot

Tu stanie nasz namiot

Obozowisko gotowe

Obozowisko gotowe

Dzień 6:

Köthen – Elbingerode

Czas jazdy: 7 godziny

Dystans: 130 km

Średnia prędkość: 18,5 km/h

Pogoda oraz krajobraz zaczynały się powoli zmieniać. Ciągle było ciepło, lecz nie upalnie. Jeśli chodzi o otoczenie to zdecydowanie zwiększyła się ilość elektrowni wiatrowych w zasięgu wzroku. Jest ich naprawdę dużo w Niemczech. Również ukształtowanie terenu zaczęło przekształcać się w bardziej górzyste. Zbliżaliśmy się bowiem do masywu górskiego Harz. Jednak pomysłowi, solidni Niemcy budując drogi wybierali doliny i póki trzymaliśmy się głównej szosy nie trzeba było mierzyć się z górami.

wszędzie wiatraki

wszędzie wiatraki

Patrzcie chmiel po lewo.

Patrzcie chmiel po lewo.

Zamierzaliśmy przenocować w miejscowości Wernigerode. Nasze plany szybko zweryfikował pewien przechodzień, twierdząc, że nie ma tam pola namiotowego, ale bez stresu bo w sąsiedniej miejscowości Elbingerode jest. Nawigacja podpowiedziała nam, że musimy zboczyć z trasy tylko 11 km. Było to 11 km, które najbardziej zapadło nam w pamięć. 11 km w strugach potu i deszczu…11 km podjazdu pod górę. Widzieliśmy że pogoda robi się coraz gorsza i może w każdej chwili może porządnie przylać. Zawrócić nie było gdzie, jedyne co mogliśmy robić to cisnąć pod górę. Zdążyliśmy dojechać na kemping i w pośpiechu rozbić namiot, kiedy zaczęło lać. Pogoda czekała na nas do samego końca. Lecz niestety, prawdziwy górski deszcz miał jeszcze nadejść.

Uciekamy na kemping bo deszcz!

Uciekamy na kemping bo deszcz!

Dzień 7:

Elbingerode – Goslar

Czas jazdy: 3 godziny

Dystans: 52 km

Średnia prędkość: 17 km/h

Już po samym dziennym dystansie można wywnioskować, że coś poważnie zaburzyło nasze tempo jazdy. Pochmurny poranek w samym centrum gór Harz nie zwiastował nic dobrego. Staraliśmy się jak najszybciej zwinąć z pola namiotowego, póki nie pada. Wystarczyło że pożegnaliśmy się z właścicielami obiektu, opuściliśmy teren kempingu, i zaczęło się prawdziwe oberwanie chmury. Do kolejnej miejscowości jaką było Wernigerode dojechaliśmy cali przemoczeni.

Pole namiotowe w Elbingerode

Pole namiotowe w Elbingerode

Oczywiście okazało się, że w miejscowości są pola namiotowe, minęliśmy ich kilka zaraz po wjechaniu do miasta. Byliśmy przemoczeni i wkurzeni, że wczorajszy ciężki podjazd był niepotrzebny. Trudno, zdarza się. Zacisnęliśmy zęby i szybko zorganizowaliśmy sobie dach nad głową przy pierwszym napotkanym markecie. Zrzuciliśmy najbardziej przemoczone ubrania, ogrzaliśmy się herbatą z kawiarni i wypatrywaliśmy poprawy pogody.

Przebrani, zadowoleni

Kiedy tylko przestało padać, ruszyliśmy w drogę. Niestety, nie było nam dane długo czekać na kolejny deszcz. Szybko schowaliśmy się na pierwszym napotkanym przystanku aby przeczekać kolejną ulewę. Zdaliśmy sobie sprawę, że właśnie tak będzie wyglądała nasza dzisiejsza podróż- od schronienia do schronienia. Sytuacja pogodowa nie poprawiała się, zdecydowailiśmy, że dojedziemy do miejscowości Goslar i rozbijemy się tam na polu namiotowym.

Ciągle pada

Udało się, minęliśmy historyczną granicę miedzy NRD a RFN i chwilę po tym byliśmy już w Goslar. Dojechaliśmy tam dość wcześnie, ale nie było sensu dłużej szarpać się z taką pogodą. Na polu namiotowym mieliśmy więcej czasu, na wypranie mokrych rzeczy oraz odpoczynek. Mimo małego dystansu, to był ciężki dzień, wychłodzony organizm = zmęczony organizm.

Na granicy NRD z RFN

Pole namiotowe w Goslar

Dzień 8:

Goslar – Detmold

Czas jazdy: 7,5 godziny

Dystans: 156 km

Średnia prędkość: 20,5 km/h

Przestało padać, nawet słońce czasami przedzierało się przez chmury. Wczorajsze ulewy sprawiły, że powietrze było bardzo rześkie, a to sprzyja podczas długiej jazdy rowerem. Taka pogoda utrzymywała się cały dzień, a droga przebiegła bez większych problemów. Zatrzymaliśmy się na polu namiotowym w Detmold, gdzie według recepcjonistki byliśmy pierwszymi Polakami którzy tam nocują.

Wyjeżdżamy z gór Harz

Dzień 9:

Detmold – Münster

Czas jazdy: 4,5 godziny

Dystans: 92 km

Średnia prędkość: 18,5 km/h

Powitał nas piękny słoneczny dzień, nie śpieszyliśmy się zbytnio z wyruszeniem w drogę ponieważ chcieliśmy skorzystać z pogody i wysuszyć tropik przed złożeniem i wsadzeniem do sakw. Trzeba dbać o takie rzeczy jeśli nie chce się wieczorami przebywać w przemoczonym i śmierdzącym schronieniu. Ruszyliśmy w dalszą drogę z jedną myślą – dziś czeka nas ostatni nocleg w Niemczech. Pole namiotowe które znajdowało się w Münster polecili nam pewni Holendrzy których poznaliśmy na kempingu, to właśnie był nasz cel na ten dzień.

Tour De Ochocice w Munster

Dziś na kolacje kluski z sosem, jak zawsze 🙂

Tour De Ochocice w Munster

Stare miasto w Münster

Dzień 10:

Münster – Voorst

Czas jazdy: 7 godzin

Dystans: 140 km

Średnia prędkość: 20 km/h

Opuściliśmy Münster pełni energii. Do granicy dotarliśmy w okolicach południa. Mamy to, Holandia zdobyta! Jeszcze nikomu w historii Ochocic nie udało się dojechać rowerem do królestwa Niderlandów, aż do tego dnia:)

Granica z Holandią

Granica z Holandią

Podczas jazdy przez kolejne miejscowości byliśmy zagadywani przez Holendrów. Pytali skąd skąd jedziemy, ile kilometrów za nami itp. Bardzo otwarci ludzie, dało się zauważyć, że lubią rozmawiać o wszystkim co związane z rowerem i przygodą.

Warunki do jazdy rowerem są w Holandii wyśmienite. Drogi rowerowe są wszędzie. Cała infrastruktura drogowa jest przemyślana w taki sposób aby pogodzić ruch rowerowy z samochodowym. Ronda, skrzyżowania, wszystko przystosowane do rowerów. Prawie zawsze w sąsiedztwie przystanku stoi wiata na rowery. Jedna z nich posłużyła nam jako schronienie przed deszczem podczas nagłego urwania chmury. Kiedy się przejaśniło ruszyliśmy w dalszą drogę.

Rozbiliśmy namiot na kempingu w Voorst. Różnił się on zdecydowanie od wszystkich innych na jakich mieliśmy okazję gościć. Była to zwyczajna farma otoczona pastwiskami, przekształcona na kemping. Ludzie na kempingu przywitali nas bardzo miło, pytali o naszą podróż, o Polskę oraz opowiadali o Holandii, a dzieci przybijały piątki 🙂 Bardzo fajna atmosfera. Kemping posiadał swój sklep w stodole, można było kupić świeże swojskie jaja, mleko oraz inne podstawowe produkty. Brakowało w nim tylko jednego – sprzedawcy. Pieniądze za produkty wrzucało się do małej skarbonki. Nie spotkaliśmy się jeszcze z takim zaufaniem do ludzi.

Camping De Adelaar

Camping De Adelaar

Tour De Ochocice w Voorst

Z właścicielem kempingu

Dzień 11:

Voorst – Amsterdam

Czas jazdy: 7,5 godzin

Dystans: 145 km

Średnia prędkość: 19,5 km/h

Ostatni dzień jazdy był wietrzny. Ale tego dnia nic nie było w stanie powstrzymać nas od dojechania do Amsterdamu. I stało się, po jedenastu dniach jazdy dotarliśmy do celu.

I AMsterdam

I AMsterdam!

Zatrzymaliśmy się na polu namiotowym Zeeburg, na obrzeżach miasta. Kamping był pełen ludzi, wszyscy przyjaźni, uśmiechnięci, wyluzowani.

Nasza rezydencja - Kamping Zeeburg

Nasza rezydencja – Kamping Zeeburg

Nasze miejsce na namiot:)

Nasze miejsce na namiot:)

Namiot rozbiliśmy obok podróżnika z Austrii który właśnie wracał ze swojej podróży po Ameryce Południowej. Wykręcił podczas niej 16 000 kilometrów. Był naszym sąsiadem pierwsze trzy dni, do czasu swojego wyjazdu. Zaprosiliśmy go na kolację którą urządziliśmy z okazji przyjazdu. Na kolację byliśmy przygotowani na długo przed jej rozpoczęciem, ponieważ jeszcze będąc w Polsce zakupiliśmy buteleczkę zacnego trunku, który miał zostać otwarty dopiero po zdobyciu Amsterdamu. I tak po skończonym posiłku, powoli opróżnialiśmy buteleczkę zwycięstwa razem z naszym Austriackim kolegą, słuchając przy tym jego historii i przemyśleń na temat podróży rowerowych.

Kolejne dni aż do wyjazdu spędziliśmy w Amsterdamie, poza jednym kiedy zrobiliśmy trip nad Morze Północne(72 km). Zwiedzania nie było końca.. Muzeum Amsterdamu, muzeum figur woskowych Madame Tussaud, Rijksmuseum Amsterdam … itd. Aby zaoszczędzić czas stojąc w kolejkach do największych muzeów można zakupić bilety przez internet lub udać się do “Ticketshopu” (jest ich sporo na mieście) w którym możemy kupić bilety do praktycznie wszystkich placówek, otrzymując przy tym całkiem korzystny rabat. Zwiedzaliśmy również kanały i zatoczki Amsterdamu kajakami, które wypożyczaliśmy na polu namiotowym.

Heineken Expirience

Heineken Expirience

Rijksmuseum

Rijksmuseum

Warto wspomnieć, że Amsterdam to również miasto wolności. W mieście jak i całej Holandii sprzedaż marihuany jest legalna w specjalnych sklepach tzw. coffee shop. Nie widać jednak by miało to jakieś negatywny wpływ na Holendrów. Nikt się z „trawką” specjalnie nie afiszuje, ludzie zachowują się normalnie, a jej dostępność nie sprawia nikomu problemu. W Amsterdamie można zauważyć trochę większe poruszenie tym tematem. Jest to spowodowane dużą ilością turystów, a co za tym idzie większą ilością atrakcji o tej tematyce w centrum miasta. Podobnie ma się sytuacja z ulicą czerwonych latarni i usługami tam oferowanymi. Red light district i wszystko co jest z nią związane (zaczynając od usług seksualnych a kończąc na pamiątkach), zamyka się w zasadzie w obrębię tej jednej ulicy. W pozostałych częściach miasta zwyczajnie tego nie widać. Czy rozwiązania które proponuje Holandia w kwestii wolności obyczajowej są dobre? To już trzeba ocenić samemu. Na pewno nie przeszkadza to turystom w zwiedzaniu, a gdyby Holendrzy mieli do tych rozwiązań jakieś wątpliwości z pewnością by je zmienili:)

Podczas pobytu próbowaliśmy również lokalnych przysmaków. Belgijskie frytki, słodkie stroopwafels, oraz syrop jabłkowy często pojawiały się w naszym jadłospisie. Jedliśmy również hamburgery wołowe z mięsa krów rasy Blaarkop. Pasły się one bardzo często na mijanych przez nas pastwiskach.

Warto było tyle się nakręcić rowerem, spędziliśmy w Holandii świetny czas. Ale dzień powrotu do Polski musiał nadejść. Podróż powrotna była bardzo komfortowa. Wygodne fotele spowodowały, że nocka w pociągu była bardzo wygodna.

 

Dzień 18:

Kutno – Ochocice

Czas jazdy: 5,5 godzin

Dystans: 135 km

Średnia prędkość: 24,5 km/h

Jedenaście dni jazdy, po kilka godzin dziennie, a następnie parę dni odpoczynku spowodowały że nogi nabrały niezwykłej mocy. Drogę z Kutna do Ochocic pokonaliśmy w momencie. Średnia prędkość tego dnia była lepsza od średniej całkowitej o 4,5 km/h, to bardzo dużo. Ciekawe w ile dni z taką mocą dojechalibyśmy do Amsterdamu…

Cała wyprawa zakończyła się sukcesem. udało się, a my oprócz świetnej przygody narobiliśmy sobie ochoty na coś więcej!

 

Statystyki ogólne:

Całkowity czas jazdy: 77,5 godzin

Całkowity Dystans: 1760 km (doliczone 200 km jazdy po Amsterdamie i okolicach)

Całkowita średnia prędkość: 20 km/h

Awarie: 0

 

Garść dodatkowych informacji o krajach które odwiedziliśmy:

Niemcy:

Ceny w sklepach: kupując w supermarketach typu Lidl, Aldi ceny będą porównywalne do polskich (był to dla nas szok).

Pola namiotowe: 7-10 euro

Język: w sklepach lub na polach namiotowych dało się porozumieć po angielsku, z resztą raczej tylko po niemiecku.

Infrastruktura: bez zastrzeżeń, drogi rowerowe bardzo dobre, a im dalej na zachód tym lepsze 🙂

Holandia:

Ceny w sklepach: kupując w supermarketach typu Lidl ceny będą porównywalne do polskich (kolejny szok). W barach i restauracjach są wyraźnie wyższe (4 euro piwko 0,33, obiad ok 12 euro).

Pola namiotowe: ok 9 euro za noc.

Język: Angielski bez problemu, Holenderski oczywiście.

Infrastruktura: bez zastrzeżeń, drogi rowerowe to wzór do naśladowania.

 

Galeria:

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Komentarz do “Z Ochocic do Amsterdamu